Przeskocz do treści

Jak Iwo Daniłowicz burmistrzankę z rąk zbójów oswobodził

Jak Iwo Daniłowicz burmistrzankę z rąk zbójów oswobodził

Iwo przed murami Radomia

Już po raz dziewiąty zmierzał Iwo Daniłowicz wąską dróżką ku widniejącym w dali czerwonym murom miasta Radomia, na próżno szukając sposobu, którym mógłby przezacnych ojców grodu z burmistrzem na czele, o słuszności swej sprawy przekonać. Rzecz wlokła się już dobrych lat kilka, od czasu, gdy po zwycięskiej bitwie z Krzyżakami, król Władysław Jagiełło przyznał wybranej grupie Litwinów niewielki obszar ziemi. Nowi przybysze, gdy tylko pobudowali pierwsze domy, rychło też pomyśleli o wystawieniu cerkwi.* Cóż kiedy o pieniądzach na jej budowę król jakoś zapomniał, a ojcowie miasta ani myśleli popierać obcych przybyszów. Stąd też budowa cerkwi wlokła się latami i biedny Iwo Daniłowicz, którego raz po raz wysyłano do burmistrza, daremnie łamał sobie głowę nad rozwiązaniem problemu. Idąc teraz spoglądał markotnie w stronę miejskiego ratusza, przy którym zgromadził się tłum mieszczan. Wzburzone głosy zebranych nie wróżyły nic dobrego, toteż Iwo podchodząc bliżej zagadnął przezornie:

- Cóż to, nowe święto?

- Bodaj z takim świętem! - odburknął niechętnie zapytany. - Rankiem Rudobrody ze swoją bandą napadł i burmistrzankę w las uprowadził. Teraz zaś żąda sowitego okupu!

- To ci dopiero! - Iwo nie ukrywał zdumienia. - Nareszcie - pomyślał - stary sknera mieszek będzie musiał otworzyć!

Tymczasem okazało się, że burmistrz ani myśli sam płacić i całą sumę polecił rozłożyć na wszystkich mieszkańców miasta. Okrzyki niezadowolonych były więc coraz głośniejsze, zanosiło się na niezłą awanturę.

- Nic tu dzisiaj po mnie! - pomyślał w duchu Iwo.

Rozmowę tak czy inaczej należało odłożyć, toteż markotny opuścił mury miasta, kierując się z powrotem w stronę lasu. Nie spieszno mu jednak było do wsi, jako że ponownie wracał z niczym, pogrążony zatem w myślach tu i tam jeszcze wśród drzew kluczył.

- Gdyby tak - myślał - burmistrzankę oswobodzić? Burmistrz złota by wówczas nie pożałował. Tylko jak? Wejść w układ z Rudobrodym ? Mowy nie ma!

Stanął bezradny. Ledwie widoczna ścieżka dawno w gąszczu drzew zginęła. Rozejrzał się... Wśród gęstych krzaków leszczyny ujrzał nagle przyczajoną postać mężczyzny. Ciemna, żubrza skóra, spod której wyglądały żylaste ręce, ledwie okrywała sylwetkę nieznajomego. Na wpółdzikie, głęboko osadzone oczy patrzyły ponuro.

- Dokąd to? - mruknął groźnie w stronę Daniłowicza.

- Z grodu idę... - zaczął niepewnie Iwo.

- Masz okup?!

- Nie twoja to rzecz! - Iwo starał się zachować stanowczy ton.

- Moja nie moja! Idziemy! - zbój odwrócił się i ruchem ręki nakazał, aby Iwo szedł za nim.

- Jak nic pierwsze straże Rudobrodego - pomyślał Iwo. Na szczęście rozmowa na tym się skończyła, zbój ruszył pierwszy, a Iwo rad nierad za nim.

Uszli tak spory kawał drogi, aż puszcza zaczęła powoli rzednąć, a oczom Daniłowicza ukazała się niewielka polanka. Pod rozłożystym dębem, na stosie skór siedział Rudobrody. Iwo rozpoznał go od razu, cała bowiem twarz herszta ginęła w czerwonym zaroście. Na widok przybyłych banda opryszków zerwała się z legowisk.

- No i co tam? Dla jedynej córki, burmistrz złota nie poskąpił! He! He! He! - zaśmiał się. - To był, przyznasz pomysł! Samą córkę burmistrza! Siadaj, Rudobrody źle swoich gości nie przyjmuje, racz więc ze mną dokończyć kolacji. Co prawda spóźniłeś się, ale są jeszcze gotowane jajka. A zatem jedz i opowiadaj z czym przybywasz.

Iwo, strudzony wypadkami dnia, rad był, że sprawa na razie taki obrót przybiera, bez pośpiechu więc zabrał się do jedzenia. Reszta bandy, ciekawa wieści okrążyła ich ciasnym kołem.

- A więc? - zaczął niecierpliwie Rudobrody.

- Ano, ojcowie miasta myślą, aby się jakoś rozmówić. Za oddanie burmistrzanki obiecują darować wam niektóre przewinienia... - zaryzykował Iwo.

- Darować? ! - Rudobrody aż podskoczył. - Więc przyniosłeś okup, czy nie?!

- ... ponadto burmistrz pyta, czy nie zmniejszycie okupu, jako że skarbiec miasta pusty... - Iwo widząc wściekły wzrok Rudobrodego, zawahał się.

- Pusty, powiadasz?! - Rudobrody spojrzał na leżące jajka. - Więc każe mu i za te jajka zapłacić, i to tak, że długo mnie popamięta! Ile to jajek zjadłeś?

- Ano cztery! - westchnął markotnie Iwo.

- Zatem powiesz burmistrzowi, że z czterech jajek miałbym cztery kury, te zaś znosiłyby mi jajka, z których znowu byłyby kury, które... - Rudobrody nagle głośno zarechotał. - Klnę się, że za to wszystko burmistrz mi jeszcze zapłaci!

Iwo słuchał, a w głowie zaczynało mu się coraz bardziej mącić. Oto w jaki sposób przez swoją lekkomyślność naraził i siebie, i burmistrza. Słysząc teraz słowa herszta westchnął:

- Jakże mam obliczyć, za ile kur i jaj mamy płacić?

- Obliczyć? Słusznie, trzeba obliczyć! - Rudobrody przestał się nagle śmiać. - Cztery jajka, cztery kury, jajko z kury, kura z jajka... - zaczął mamrotać, licząc. Jego kompani patrzyli niepewnie. Malujący się na twarzy herszta wysiłek świadczył, aż nadto o zadanym trudzie. Nagle zerwał się i zaczął biegać wokół drzewa.

- Cztery gotowane jajka, cztery kury, cztery kury, osiem jajek, kur szesnaście? - ognista broda Rudobrodego jeszcze bardziej poczerwieniała, dziki wzrok utkwił w kompanach... Nagle popatrzył w stronę Daniłowicza.

- A dlaczego ja mam liczyć? Co? Sam oblicz!

- A i obliczę - Iwo na to - ale nie za darmo. Dacie burmistrzankę, to obliczę!

- Kpisz sobie?! Skoro ty potrafisz, potrafię i ja! - Rudobrody nie dawał za wygraną. - Jajka, kury, kury, jajka... - zaczął.

Upłynęło sporo czasu, gdy goniąc resztkami sił westchnął:

- Niemożliwe, tego nikt nie jest w stanie obliczyć!

- Ja obliczę, jak rzekłem - Iwo znowu na to. - Jutro skoro świt przyjdę z gotowym rachunkiem, lecz jak powiedziałem, burmistrzanka moja!

Rudobrody milczał. Chęć rozwiązania zadania wyraźnie brała górę nad niepewnym okupem. Spojrzał w stronę kompanów. Ci jednak milczeli.

- Dajesz zbójeckie słowo, że burmistrzankę zwrócisz? - upewnił się Iwo.

- Daję! - jęknął Rudobrody.

- A zatem do jutra! - mówiąc to Iwo przezornie zniknął z oczu oszołomionych zbirów. Nie uszedł jednak daleko, lecz skrył się w koronie rosnącego obok drzewa i tam ranka oczekiwał.

O świcie, jak było umówione cała banda zebrała się na polanie. Iwo tymczasem nie spiesząc się cierpliwie na drzewie siedział, aż słońce zajrzało na polankę, a zniecierpliwiony Rudobrody pokrzykując na kompanów zaczął ich do drogi zbierać. Udając zatem zdyszanego Iwo ruszył ku zbójcom.

- Nie spieszyłeś się zbytnio! - Rudobrody nie ukrywał zdenerwowania.

- Spieszyłem się, jak mogłem - odparł, dysząc ciężko Iwo - ale z samego rana gotowany groch sadziłem!

- Co, gotowany groch? Widać do reszty ci się we łbie przewróciło. Gotowany groch sadził! - wrzasnął wściekły Rudobrody. - Toż każdy głupiec wie, że z gotowanego grochu nic nie wzejdzie!

- A z twoich gotowanych jaj, którymi wczoraj mnie raczyłeś, czy będą te twoje kurczaki?! - na to Iwo. - Nie obliczenia są tutaj potrzebne, ale zwykły rozum. Ot i cała moja odpowiedź. Tak więc zgodnie z umową burmistrzanka moja!

Rudobrody aż przysiadł ze zdumienia, a potem jak nie ryknie śmiechem, a banda mu zawtóruje. Śmiali się i śmiali, aż echo niosło po puszczy. Nawet zdumione zwierzęta nadstawiały uszu.

Iwo oczywiście - zgodnie z umową - burmistrzankę otrzymał i wesół do miasta powrócił, gdzie burmistrz za uwolnienie córki stosowną sumę dukatów wypłacić mu musiał. Pieniądze te mogli wreszcie Litwini przeznaczyć na. budowę cerkwi. Stąd też od owego pamiętnego wydarzenia radomianie ich osadę nie inaczej, jak "Cerekiew" nazwali. I nazwa ta po dzień dzisiejszy pozostała.


* Cerekiew - dawniej kościół, świątynia chrześcijańska, również rzymsko- katolicka. Obecnie tylko świątynia prawosławna, albo greckokatolicka.

Na podstawie książki Zenona Gierały: "Baśnie i legendy ziemi radomskiej"